www.golebiamama.pl

pitoszek

Po trzech dniach opieki nad pisklakiem nie wiem jak się nazywam, chodzę jak lunatyk a godzina 6:00 i 18:00 przyprawiają mnie o dreszcze.

Powiedziałbym że nigdy więcej! Ale stając przed wyborem: uspać albo pozszywać rany,  zabrać do domu, wykarmić i wypuścić, wybór staje się oczywisty…

Trzymając w domu podstawowe elementy łańcucha pokarmowego trzeba pogodzić się z tym że jeden element będzie bardzo obrażony a drugi – pomimo iż niezdający sobie sprawy z czyhającego zagrożenia – bardzo zestresowany. Ani jeden ani drugi element nie poczuje się lepiej póki sytuacja nie wróci do normy.

wrozki

Minimalizując konsekwencje zaistniałej sytuacji obrażone kociarstwo bez zmian buszowało po całym domu a ptaszyna wylądowała w naszym wymalowanym we wróżki WC więc parafrazując stare przysłowie „i kot zadowolony i ptaszyna cała”.

Bardzo szybko rozwiały się moje nadzieje, że pitoszek ochoczo będzie otwierać dzióbeczek jak tylko poczuje poziomkowy Biseptol i misternie przygotowaną jajeczną papkę. Dawno nic nie stresowało mnie tak bak bardzo jak poranne i wieczorne siłowanie się z mocno zaciśniętym dzióbkiem.

Najbardziej stresująca a wręcz przerażająca okazała się perspektywa wychowywania ptasiego dziecka ba dzidziusia – co będzie jak nie nauczy się samo jeść a co będzie jak się latać nie nauczy, jej a co będzie jeśli wypuszczony na wolność nie będzie umiał sobie sam poradzić? Jeszcze zacznie ocierać się o nogi jak kot i dziwić się dlaczego jego rączki są opierzone – paranoja sięgnęła zenitu – rozpoczęła się intensywna akcja poszukiwania jak najbardziej naturalnego ptasiego żłobka…i psychiatry…

Gołąbek którego uważałam za zbyt pospolitego aby ktokolwiek, gdziekolwiek chciał się nim profesjonalnie zaopiekować okazał się być biblijną synogarlicą – ma się w niebiosach te wtyki – więc odpowiedni dom jednak się znalazł.

Bez obaw, nie poleciał do nieba tylko do Leśnego Pogotowia.

Tak w ramach wyjaśnienia: Synogarlica to ten ładniejszy z tych pospolitych gołębi.

Leśnie Pogotowie mieści się w Mikołowie mieliśmy więc do pokonania jakieś 25 minut samochodem. Przed wyjazdem oczywiście sprzątanie pudełka ( nie bez powodu przylgnęło do tych ptasząt przezwisko „obsrańce”) – układanie „gniazdka” i wymiana wyściółki ( gazety),  myślę sobie – pewnie mały się będzie nudzić i stresować – a to niech sobie o sporcie poczyta.

radwanska

Zauważyłam taką małą zależność: im większy gołąb tym lepszą ma obstawę i lepszymi furami się wozi. Naszego pisklaka zawoziłam sama, samochodem marki opel – nie najnowszy już model. Gdy tak sobie czekałam na odbiór pitoszka, podjechał duży wóz strażacki, wysiadło z niego pięciu chłopa a jeden z nich trzymał (dorosłego) gołębia – oczywiście tego ”brzydszego” z tych najbardziej popularnych.

Moje trzydniowe bycie gołębią mamą szczęśliwie dobiegło końca i znowu parafrazując stare znane przysłowie „i gołąbek zadowolony i ja na powrót w pełnej równowadze psychicznej”

Kiepski początek a koniec bajkowy

Brak drogowskazów o mało co a  zniechęcił by nas do Industriady już na samym początku…W sumie nie tylko nas, w grupie 5 przypadkiem spotkanych osób przez długi czas szukaliśmy tajemniczej ulicy Kopalnianej. Zwiedzanie terenu budowy nowej siedziby Muzeum Śląskiego na własna rękę zakończyło się wyśmianiem nas przez bardzo zdziwionych budowlańców, którzy oczywiście zaproponowali nam imprezę alternatywną..gorące pozdrowienia dla Panów w  żółtych kaskach. Na całe szczęście nagle pojawiła się grupa rowerzystów z pomarańczowymi plecaczkami z logo Indystriady oni mieli co najmniej  z siedem przerzutek a my tylko dwie ale dzielnie pomknęłyśmy za nimi.

Jeszcze jedynie 10 lat a będziemy mieli Muzeum Śląskie z prawdziwego zdarzenia, relacjonuję z pierwszej ręki, że idzie im całkiem nieźle i teren dawnej Kopalni Węgla Kamiennego „Katowice” pomału zamienia się w piękny diament.

Z centrum Katowic przetransportowałyśmy się na Nikiszowiec i to była miłość od pierwszego wrażenia a właściwie zobaczenia a może i nawet od pierwszego kroku postawionego na ulicy Św. Anny.

sw-anny

Wszystko takie równiutkie, czyściutki a zarazem takie ciepłe i przyjazne. Zwiedzając Nikiszowiec ma się wrażenie że czas stanął w miejscu, wypatruje się bohaterów filmów Kutza i Majewskiego, aż tu nagle z zza zakrętu wyjeżdża najnowsza BMW-ica…

W planie industriadowych atrakcji na Nikiszowcu, było zwiedzanie osiedla z przewodnikiem. Stanęłyśmy sobie w miejscu zbiórki wśród niemałej już grupy chętnych na zwiedzanie i czekamy…grupa się powiększa…czekamy…nadal się powiększa…nadal czekamy…i co? i oczywiście kolejna dezorganizacja. Okazało się, że trzeba się zapisywać na listę-miejsc 25 nas z 70 osób-no wiec kto pierwszy ten lepszy. No a że się okazało, iż w planie jest zwiedzanie kopalni „Wieczorek”-zapisanie się na listę było nie małym wyczynem. Na szczęście nikt nie ucierpiał, na listę udało nam się zapisać a w ostateczności nasza grupa liczyła sobie osób 45.

szyb

maszynownia

Maszynownia-gdyby nie ten Pan można by zapomnieć o transporcie pod ziemie

kokpit

to nic, że nie wiadomo co nacisnąć-najważniejsze, że czuwa Św. Barbara

DSC00652

DSC00669

DSC00674

lampownia

lampownia

nad wszystkim czuwa Św. Barbara

nad wszystkim czuwa Św. Barbara

DSC00704

SONY DSC

DSC00714

DSC00591

SONY DSC

Zakochane w Nikiszowcu z lekkim żalem ale też i planami rychłego powrotu w to czarujące miejsca, pognałyśmy do Galerii Szyb Wilson. A w galerii trwały przygotowania do Art Naif Festiwalu. Mam wielki sentyment do sztuki naiwnej więc liczyłam na to, że napatrzę i „napodziwiam” się na najbliższe parę miesięcy, niestety wystawa była gotowa tylko w połowie więc pozostał mi wielki niedosyt…no cóż trzeba będzie poczekać do 14.06.

gdyby Arecki był kotką to wyglądał by właśnie tak

gdyby Arecki był kotką to wyglądał by właśnie tak

Jako, że byłam z wielka miłośniczką rowerów obowiązkową pozycją zwiedzania była kolekcja starych rowerów.

DSC00725

DSC00728

DSC00729

DSC00730

DSC00731

Z Szybu Wilson na Giszowiec a tam kolejna wielka miłość- „Żółty trabant na Nikiszowcu”

Autor Grzegorz Chudy

I tak dzień dobiegał ku zachodowi…dzień pełen nowych miłości i bólu stóp. Im bliżej domu tym magia coraz bardziej nas opuszczała a coraz mocniej dawało o sobie znać zmęczenie i szara rzeczywistość, wiec żeby podtrzymać nieco klimat starego magicznego Śląska na dobranockę pooglądałyśmy „Angelusa”.

NARZEKANIE + RADOŚĆ = 0 więc można by rzec że bilans wychodzi na +.

Wiecie co?

tyle się dzieje że nie wiem co napisać…czy pisać o mojej pracy na miesiąc czy może o lepieniu kulek Bokashi, czy może o 1 Salonie ART.UPCYKLING.PL, a może napisać o wykładach w ramach II edycji Modnego Śląska ? no zapomniałabym o warsztatach zorganizowanych przez Ambasadę Młodych „Uszyj sobie!”

hmmm….czyżby to świadczyło o mojej kiepskiej organizacji? I LimeRyki jeszcze czekają i HaiKuku…

Odkąd rozpoczęłam prace „na etat” czas skurczył się do minimum. Ratunkiem okazuje się zapisywanie wszystkiego w kalendarzu ale dość często zdarza mi się przesuwać coś na dzień kolejny i jeszcze kolejny i następny… no i zaległości nadal się robią, wszak mniejsze ale nadal są. W przyszły weekend szykują się targi w Świętochłowicach a krawaty jeszcze nie ruszone…jak widać temat dzisiejszego posta znalazł się sam i chyba jest to ohydne  narzekanie. Na dobra sprawę narzekać nie powinno być na co, bo poza złą organizacją, wszystko układa się pomyślnie. Taka to chyba natura prostego człowieka, że narzeka choć nie chce i powtórzę: nie ma na co! Ameryki nie odkryje jeśli stwierdzę że sami sobie problemy wymyślamy ale taka to właśnie nieszczęsna prawda. A że z narzekania to się chyba nigdy nie wyleczę to postanowiłam żeby przynajmniej dużej wagi do tych problemów nie przywiązywać. Jeszcze żeby to narzekanie zrównoważyć to dołożę do tego taką sama ilość uciechy z każdej małej i dużej radości. Wystarczy wytężyć swój wzrok słuch i zmysły a okaże się,  że radości to dookoła jest bardzo wiele. I tak właśnie ułożył się jakiś dziwny wzór matematyczny: NARZEKANIE+RADOŚĆ=ZERO  więc można by rzec że bilans wychodzi na PLUS.

O Kiermaszu Twórczej Reanimacji Odpadów z drugiej strony

Z najlepszymi życzeniami udanych sprzedaży dla sąsiadów ze stoisk obok

Klient1.

my-zapraszamy, u nas krawatowe reinkarnacje, wszystko co mamy na stoisku jest zrobione z krawatów, czapoczuby z krawatów, torebki z krawatów, szelki…a to są małe krawaciaki, w łapkach maja magnesiki, do środka można wsadzić wiadomość do kogoś i ciach na lodówkę.

oni-no świetne niesamowite, rewelacyjny pomysł, gratuluje

my-a dziękuje

oni-do widzenia.

my:/

Klient2.

my-zapraszamy, u nas krawatowe reinkarnacje, wszystko co mamy na stoisku jest zrobione z krawatów, czapoczuby z krawatów, torebki z krawatów, szelki…a to są małe krawaciaki, w łapkach maja magnesiki, do środka można wsadzić wiadomość do kogoś i ciach na lodówkę.

oni-no świetne niesamowite, rewelacyjny pomysł, gratuluje

my-a dziękuje

oni-a no to ja to wezmę.

my– 😀

Klient3.

my-zapraszamy, u nas krawatowe reinkarnacje, wszystko co mamy na stoisku jest zrobione z krawatów, czapoczuby z krawatów, torebki z krawatów, szelki…a to są małe krawaciaki, w łapkach maja magnesiki, do środka można wsadzić wiadomość do kogoś i ciach na lodówkę, można ściągnąć, przymierzyć…

oni-aaa pacze

my-hmmm

oni-do widzenia.

my:/

Nietrudno zauważyć który z dialogów powtarzał się częściej i właśnie przez to stał się najbardziej popularnych żartem dwóch dni kiermaszu-Pozdrowienia dla „apaczy”
Dla twórcy najlepszy komplement to jest wtedy gdy rzeczy się sprzedają i wiemy że będą komuś dobrze służyć, mimo tego dziękujemy również tym, którzy nic nie zakupili a obdarzyli ciepłym słowem pełnym zachwytu- daje to nadzieje na przyszłość.

No więc my z niecierpliwością czekamy na kolejne targi i kiermasze,  do tego czasu dzielnie będziemy trenować nasze głosy ale co najważniejsze ku uciesze waszej i naszej, dalej będziemy pruć krawaty i zszywać je w rożne zaskakujące rzeczy.

A tak przy okazji krawatów:podziekowania

wcielenia różne

Nie jestem znaną projektantką, nie mam świetnie wyposażonej pracowni z piecem do wypalania ceramiki. Nie utrwalam w nim biżuterii z super trwałej masy, idealnie dającej się formować.  Nie opracowałam  receptury tej super masy. W tej pracowni której nie mam, nie ma też wspaniałej drewnianej stolnicy i misy z prawdziwego zdarzenia w której rozrabiam tą masę – której nie wymyśliłam.

ms1

ms2

Masa której nie wymyśliłam była by taka jak miękki metal dający się łatwo formować. Pozwalała by tworzyć bardzo precyzyjne detale, biżuterie, zdobione zapięcia i różne dodatki.

ms4

Wypalało by się ją w piecu ceramicznym, którego nie mam. Czas wypalania był by króciutki a utrwalona masa była by super trwała i wyglądała by jak metal.

ms3

Malowało by się ją specjalistycznymi lakierami, których również nie wymyśliłam i które były by bezzapachowe. Dawały by piękne efekty a do pokrycia masy wystarczyła by tylko jedna warstwa.

ms6

Stworzona dzięki tej nie wymyślonej masie biżuteria, zapięcia i rożne dodatki były by rewelacyjne, ludzie by się zachwycali. Wielu artystów korzystało by z tej masy zachwalając jej właściwości.

ms10

Dzięki tej masie której nie wymyśliłam zdobyła bym uznanie i potrzebne do dalszego rozwoju środki. Kupiłam bym domek z sadem w jakimś pięknym zielonym miejscu i stworzyła bym tam zawsze otwarty dom pracy twórczej.

ms11

Bo dorośli mają takie wielkie trudności z zabawą, z wcielaniem się w różne postacie. Byłam artystka która wymyśliła super masę, może za jakiś czas powtórzę mój mały eksperyment…ciekawe kim się stanę i kiedy stanie się to prawdziwą świetną zabawą? Może któryś z takich małych „marzeniowych eksperymentów”  kiedyś się spełni….